poniedziałek, 26 września 2011

Łobez - po sezonie

Koniec sezonu maratonów szosowych. I dobrze bo już organizm protestował coraz częściej i w coraz to nowych miejscach. Niezgłębiona jest wredność starzejącego się ciała. Sobota 5.00. Budzę się i zastanawiam się czy nie lepiej spać dalej a o siódmej iść na grzyby. W lewym biodrze chrupie od paru dniu, łóżko ciepłe, ptaki jeszcze nie nadają, las po deszczach kusi wysypem grzybów... więc wstaję, napełniam bidony, jem lekkie śniadanie i ruszam do Radowa. Skoro wczoraj przejechałem autem 200 km to dzisiaj jeszcze te 180 a potem 135 na rowerze jakoś dam radę. W czasie jazdy leśnymi drogami zakładam sobie limit czasowy na 5 godzin i tempo na 28km/godz. Po pół godzinie wyjeżdżam z lasu i wreszcie mogę depnąć gaz. Drogi puste. Po 8-mej wreszcie w Radowie. Start o 9.09. Jadę ze znajomymi Bikefunami w grupie.
Spoko, też M5. Starterem jest Matusiak. Odstrzeliwuje start każdej grupy. Ruszamy. Tempo odpowiednie. Na pierwszym większym wzniesieniu pozostaje nas dwóch i jedziemy na zmiany w tempie 30, bez kołków zębach. Biodro lekko łupie, znaczy się działa. Mija nas grupa jadąca nieznacznie szybciej i mój partner doskakuje do nich. Ja, a raczej biodro, tłumi adrenalinę i nie zaczepiam się na koło. Zwalniam do 28 na prostych, liczę liście, oglądam kościoły. Jest miło mimo biodra. Dołącza do mnie inny M6. Od Węgorzewa byłem jego celem na horyzoncie. Chce jechać dalej razem na zmiany. Mnie się nie chce ale un nie ustępuje. Klaruje mi, że razem mamy przyszłość i będziemy się mniej męczyć. Ha, ha, też tak mówiłem żonie wieki temu.
Wygląda to na ofertę małżeńską. Ocenia mnie na M3. Tym komplementem mnie złamał. Ustępuję. Biodro nie. Tempo się podnosi. On zadowolony, ja nie (jak to w małżeństwie). Mijamy Łobez. Zwalczam pokusę skręcenia do Radowa i przejazdu przez linie mety na skróty. Miałbym doskonały czas i chociaż przez 15 minut byłbym najlepszy. Biodro jest za, część mózgu (ta głupsza) przeciw. Mózg wygrywa. Jedziemy dalej. Po 80-tym km mija nas mała grupka w niezłym tempie. M6 porzuca mnie. Ten związek był od początku skazany na rozpad. Jadę dalej spokojnie. Nie czuję się porzucona ani wykorzystana. Wręcz przeciwnie odczuwam ulgę. Jestem znowu wolna. Już nie dam się zniewolić. Mijają mnie kolejne peletoniki. Nie reaguję na zaczepki typu "łap koło", "dawaj z nami do pomocy" itp. Jestem nieugięty, odzyskałem niezależność. W jednym z peletoników szczupła dzieweczka o nogach chudszych od moich. Czyli można. Budzi mój podziw. No cóż, młodość to siła. Po 10 km widzę ją na przystanku jak masuje udo. No cóż, młodość to brak rozsądku. Jadę dalej. Widzę mojego M6. Nie utrzymał tempa grupy. Mam go na 100-150m. O, nie! Nie będę głupia, nie dam się znowu zniewolić. Widzę, że zwalnia i chce znowu być ze mną. Niedoczekanie jego! Ja też zwalniam, udaję że go nie widzę. Cały czas trzymam go na dystans. Po 15 minutach igraszek amant rezygnuje i odjeżdża a ja mogę spokojnie podziwiać uroki nadchodzącej jesieni. Sprawdzam licznik. Jest średnia powyżej 29. Jeszcze 25 km więc zmieszczę się w limicie. Dojeżdża do mnie 3 osobowa grupka z wiotką młodą. A czemu ni?! Dołączam do nich i wio. Wytrzymam. Daję równe zmiany. Wiotka się wiezie i słusznie. Po którejś z rzędu zmianie nie widzę wiotkiej za plecami. Nic to. Jednak mam grubsze nogi :). Tempo nie jest zbyt duże więc spokojnie dojeżdżam w grupce do mety. Sezon zamknięty. Zsiadam z "rowra" i kuśtykam do puntu żywieniowego. Bułki, batony, rogale, woda. Pochłaniam wszystko. Sprawdzam licznik. Czas poniżej 5 godz., średnia powyżej 28 km. Składam rower na który nie mam zamiaru wsiadać przez co najmniej tydzień i kuśtykam do stołówki szkolnej. Grochówka z wkładką kiełbasianą. Pożeram i wracam do lasu z dwiema zgrzewkami leczniczego piwa. Jutro na MŚ jazda elity. Fajnie. Popatrzę jak się inni katują :).

Ocena imprezy:
1. Organizacja i atmosfera imprezy - dobra
2. Oznakowanie trasy - dobre
3. Stan dróg - średni, bez dziur
4. Korytko - ok
5. Gadżety - prawdopodobnie medal, z odbiorem w niedzielę czyli nie dla mnie. Kto to wymyślił?
6. Kawa mrożona i arbuzy - nie było :(

Nasze na mecie (open/kat):
Martinez - 60/18

Sprawy organizacyjne
Zapraszamy kandydatów na 2-go. Start 10.30, tempo statutowe. Ostania szansa w tym roku na wstąpienie w związek kolarski :). Chyba żeby lało.

czwartek, 15 września 2011

INFO

Po święcie wina w mieście kolarzy (taki żart) nie ma już trzech muszkieterów. Są za to czterej pancerni. Przybył nam jeden. 50up zostało przejechane z naddatkiem, wpisowe spożyte.
Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią mistrzostwa grupy powinny się odbyć w połowie października. Szykuje się zażarta walka o miejsca na podium :). Jeden zostanie bez medalu :(. Prosimy członków o zgłaszanie propozycji trasy.

Wytyczne trasy czasówki:
- dystans 15-30 km
- trasa z bezkolizyjnym nawrotem w formie pętli lub nawrót na rondzie
Pierwsza propozycja to Ciechów-Zabłoto (Kostomłoty). Start-meta przy szkole, nawrót na rondzie. Długość trasy około 18 km (23 km).

02.10.2011 ostatnia jazda akcesyjna w tym roku. Po tym terminie kandydaci wpisani pochopnie przez Bodka na cyrograf zostaną z niego wykreśleni :(. Po jeździe zebranie w sprawie czasówki. Składka członkowska podwójna (inflacja).

poniedziałek, 5 września 2011

Pętla Drawska


I po Choszcznie. Nie było lekko. Byli za to jak zawsze ludzie z Leszna. Na Iławę też jadą. Zaliczą w tym roku wszystko. Bravo boys!
Konkurencja większa bo "meganie" z uwagi na brak dystansu średniego zeszli w większości w dół do mini. Tym razem mini około 108 km. Start w dobrej grupie. Paru z grupy skoczyło do przodu ale siła grupy robi swoje i doszli my ich :). I to na mojej zmianie. A co?
I szło ładnie aż nadjechał lider Giro (maglia rosa) z kolegą. Tempo wzrosło do granic moich skromnych możliwości więc mimo dobrych chęci pękam po jakimś czasie. Dojeżdża do mnie sympatyczny M4, który pękł wcześniej i jedziemy we dwóch. Przed nami koleś z naszej grupy, który odpadł po mnie ale nie odpuszcza i jedzie samotnie. Optymista. Dochodzimy go i jest już nas trzy. Będzie lepiej! Na horyzoncie następny, który odpadł i jest nas czterech (pancernych). We wsi wyskakuje na nas pies i nie brakuje już nikogo. Według dyrektywy ostatniego z odpadłych jedziemy na 500 metrowe zmiany bez szarpania bo i tak już bez sukcesu będzie. Będzie dobrze! Optymista!? Szum kół, okrzyki, mieszanina ciał i rowerów. Ktoś został, ktoś odjechał z harpagonami. Zostaję sam :(. Zgubiłam się biedna w tym zamieszaniu. Motywacja pada! Znowu dochodzi mnie mój M4. Też został. Podciąga mnie i jedziemy razem. Nadchodzi 80 km :(. Dostaję sygnał z prawego, wrednego czworogłowa. Staram się dotrzymać tempa. M4 pogania mnie na zmianę. Trudno! Jak mus to mus. Wychodzę na czoło, daję uczciwą zmianę i ... skurcz. Schodzę w tył i puszczam koło. M4 próbuje mnie ciągnąć ale mówię mu coby jechał sam. Odjeżdża :(. Przecież żartowałem! Staję smutny na poboczu, robię udaną próbę prostaty (lanie przez rów). Uśmiech powraca. Rozmasowuję udo i ruszam. Będzie dobrze! Powoli podnoszę tempo i po 10 minutach wracam na obroty. Jestem sam. Z fronta nikawo, z zada nikawo. Żadnej kobiety! Z czasem zaczynam widzieć na długiej prostej mojego M4, który zdjął bluzę i łatwo go z daleka poznać. Na 90 km dochodzą mnie dwaj "inni". Pierwszy śmiga dalej. Mocarz. Drugi siada na kółko i nie wychodzi na zmiany. Przestaję pedałować, bo skoro mnie doszedł to jest mocniejszy i jeśli ktoś ma tu się wozić to raczej ja stary. Wychodzi na czoło i daje lewe zmiany więc w końcu pal sześć moje prawe udo! Na kolejnym wzniesieniu depczę zdrowo i zostawiam wozaka za przejazdem kolejowym. O dziwo udo nie zdechło. Jadę spokojnie dalej sam. Dziś nie będzie Cavendisha. Przejeżdżam linię mety w stylu grupetto. Też fajnie. Luz. Udało się nie spaść poniżej 30/godz. Granica przyzwoitości wyznaczona na ten rok tym razem obroniona :). Na parkingu spotykam mego M4. Dziękujemy sobie za współpracę. Okazało się, że odjechał mi tylko na 3 minuty. Czyli nie było tak źle w samotnej jeździe.

Za 3 tygodnie ostatnia impreza w sezonie. Łobez. Mini 135 km.
Już mnie bolą nogi :).

Ocena imprezy:
1. Organizacja i atmosfera imprezy - dobra
2. Oznakowanie trasy - dobre, wyjazd za motocyklem
3. Stan dróg - średni, bez dziur, dużo nierównego asfaltu (dziś nadgarstek w bandażu)
4. Korytko - grand prix 2011, obiad domowy (pomidorowa w samoobsłudze, schabowy z ziemniakami i surówką, hojny kucharz) + niewykorzystany talon na grila i piwo
5. Gadżety - medal i kubek
6. Kawa mrożona i arbuzy - nie było :(

Nasze na mecie (open/kat):
Martinez - 103/20

Sprawy organizacyjne
Upomnienia
Martinez za wypadnięcie poza pierwszą połówkę kategorii.

Inne
Na 11-go trening akcesyjno-integracyjny. Start 10.30. Trasa tradycyjna. Start w jednej grupie. Tempo statutowe.