środa, 31 lipca 2013

NASI TAM BYLI


Tak jak tytuł wskazuje będziemy tu umieszczać zdjęcia z miejsc gdzie naszych poniosło. Na zdjęciu musi być jakiś element 50upAT. Prosimy o przesyłanie. Niech kronika rośnie.
tu był M.Jack
wiadomo kto ... wiadomo gdzie ...
czyli przełęcz Rędzińska


poniedziałek, 29 lipca 2013

ĆWIARTKA czyli ŚLESIN 2013

Ćwiartka na łeba to akurat dla człeka w rozsądnym wieku. Raczej jednak rozsądnego z racji wieku. Stąd też start na 1/4 ironmana w Ślesinie. Start, który potraktowałem jako wyzwanie i próbę sił. Oczywiście duży wpływ miała ocena własnej anatomii i predyspozycji. Jako kolarz mam za marne giry. Jako pływak za małą wyporność. Jako biegacz byłem w młodości sprinterem i unikałem wszystkiego co przekraczało 400 m. Wniosek był prosty. Jeśli nie chcę jeździć na zawodach jako boborider (podobno poprawka w statucie 50upAT zabroni tego) to największe szanse jako łowca trofeów mam w triathlonie. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu wcześniejsza próba w Świnoujściu (90 km rowra + 22 km przełaju) gdzie zająłem drugie miejsce w open i skosiłem nawet młodzianków. Przygotowania rozpoczęły się po otwarciu basenu. Przerwała je styczniowa grypa. Zbyt wczesne rozpoczęcie biegania po grypie wywołało przewlekłe zapalenie oskrzeli. Na imprezę sezonu (TdL) wyszedłem jednak na prostą. Drugie miejsce na "kresce 50upAT" dodało mi skrzydeł. Kontynuowałem trening pływacki. Szlifowałem kolarstwo nawet start w Kluczborku traktując jako trening w samotnej jeździe. Bójta się wójta na wrześniowej czasówce. Najbardziej zaniedbany został trening biegowy. Wszystko przez dychawicę! Brak dostępu do środków używanych przez Bjorgen spowodował, że ograniczyłem się do inhalacji piwnych (zbyt szczupłe zasoby marcini).
Bilans przygotowań:
pływanie -  około 50 km
rower - tylko 2 tys. km
bieg - o zgrozo! tylko 80 km
W ostatnim miesiącu forma rosła z tygodnia na tydzień. Jednak dwa miechy w plecy rodziły obawy. Nic to! To tylko zabawa! Liczy się udział!
Idea olimpijska wiecznie żywa przy braku formy :).
Cele startu to:
1. Zejść poniżej 3 godzin (plan max) lub nie przekroczyć 3:15:00 (minimum).
2. Pudło (niepoprawny optymizm).

3 zasady przeżycia w triathlonie testowane w Ślesinie:
NIE UTONĄĆ
Po starcie w Ślesinie trzeba zmienić na nie dać się utopić. Kompletny szok debiutanta. Myślałem, że będziemy jak ławica sardynek (ponad czterystu uczestników). Jednak zgodnie z przewidywaniami mojej córki były to raczej piranie. Zacząłem za ostro i szybko znalazłem się w centrum ławicy. Zaliczyłem parę razy z łokcia, dwa kopnięcia w sagan i dwie próby topienia poprzez dosiad z tyłu. Zaliczyłem drobną panikę. Dobra. Nie drobną. Dużą. Chcieli mnie utopić!!! Po 200 metrach przeszedłem na klasyka bo kraul w tej ciżbie piranii przypominał styl nieśmiertelnego Czapajewa. Dotarłem jako 300-tny i wyciągnięto mnie z wody. Byłem żyw!
303 czas - 23:04. Liczyłem na 20 minut. Żywe torpedy pokonywały dystans 950 m w czasie poniżej 12 minut.
NIE WJECHAĆ DO ROWU PRZYDROŻNEGO
I tu dałem z kopytka. Zachowałem oczywiście rozsądek pamiętając o biegu. Na trasie minęło mnie tylko trzech młodzianków. Czwarty próbował dwa razy. Trasa super. Asfalt ok. Ruch zamknięty. Dwie pętle. Najlepsze fragmenty to odcinki wąskiej asfaltówki między polami kukurydzy. Jazda bez draftingu. Widziałem kilku łamiących ideę olimpijską. Po wyprzedzeniu dwudziestu piranii zaprzestałem liczenia ofiar. Myślę, że na rowerze łyknąłem conajmniej trzydzieści fok. Na 5 km przed metą zmniejszyłem trochę tempo i myślałem o tych czekających mnie 10,5 km z buta.
239 czas - 1:26:04 i wreszcie kadencja blisko 100. Plan przedstartowy to 1:30. Armstrongi zaliczały trasę 45 km poniżej 1:07.
DOCZOŁGAĆ SIĘ DO METY
Dałem radę. Na drugim kilometrze zaliczam lekki kryzys. Ale jestem na to przygotowany. Wiem, że bieg zaczyna się naprawdę po 5 km. Zaliczam 30 m jako spacerujący deptakiem emeryt i potem ruszam w swoim, wypracowanym na treningach tempie. Klątwa Prezesa Seniora spadła na mnie! Pierwszą pętlę zakończyłem na mecie. Urok dzieweczki kierującej ruchem na rozwidleniu zmylił mnie. Musiałem zawracać aby przebiec przez matę czipową. Na następnych pętlach przestałem zwracać uwagę na smukłe uda, błękit oczu i tepe. Podążałem jedyną słuszną drogę. W mieście życzliwi ludzie polewali mnie wodą z węża. Na deptaku przy jeziorze  prysznic z rozkręconego węża strażackiego dawał ulgę w 35-cio stopniowym upale. Na metę wczołgałem się rześko.
265 czas biegu - 1:04:06. Liczyłem na czas poniżej godziny. Gepardy pomykały poniżej 35 minut.

Meta! Ukończyłem! Uff! Jak gorąco! Puff! Jak gorąco! Dużo picia. Dychnąłem parę razy. Potem krótki wywiad dla local TV jako hero i dużo arbuza, i jeszcze więcej wody. Medal znacznej wagi na klatę i dużo picia. I raz jeszcze micha w arbuz.

Orientacyjny czas około 3:01. Czyli nie dało rady i dało radę :). Jest dobrze! Wyniki na tablicy na razie do czasu 2:45. Czyli beze mnie. Czekamy z moją fizjoterapeutką, której trzy skuteczne masaże bengayem uspokoiły mój atak rwy. Dekoracje poszczególnych kategorii. K30: ta, ta i ta, M50: ten, ten i ten, M55: ten, ten i ... Martinez!!! Tak jest! Miało być pudło to i jest! Ku chwale zarządu 50upAT!

Nasze na mecie:
276. Martinez - 3 kat. 

Czasy:
pływanie - 23:04 ( o 3 minuty za długo)
1 zmiana - 5:00 (o 2 minuty za długo)
rower - 1:26:04 (ok)
2 zmiana - 2:38 (ok)
bieg - 1:04:06 (o 4 minuty za długo)
razem - 3:00:52


Ocena imprezy:
1. Organizacja i atmosfera imprezy –  bez zarzutu chociaż czuć lekki szpan
2. Oznakowanie i zabezpieczenie trasy – bez zarzutu
3. Stan dróg – bez zarzutu
4. Korytko – tolko makaroni i owoce
5. Gadżety – big medal, dobra jakościowo koszulka z logo imprezy, listek artresanu i ... super statuetka na półkę

Na najbliższe 5 lat idem se w ajrony chocia boli.
Polecam masochistom.



niedziela, 14 lipca 2013

Kluczbork

Zimno, dziurawo ale zabawnie.
Nasze zaś cztery. To już niezłomny nasz skład na maratony szosowe.
Dane statystyczne:
- długość - 86 km, u mnie przeszło 87 ze względu na zawracanie (oznakowanie!), u Rycha koło setki
- 13,3 km podjazdów z 387 m przewyższenia, maksymalne 6%, średnie 2%
- 13,7 km zjazdu, maksymalne 4%, średnie 1%
- temperatura - 14-17 st.
- opady - 0,5 l na dwóch m2 :)
Zgodnie z przewidywaniami prawie cały czas padało. Większość cyklistów "na długo" i w kurtkach. Oznakowanie niezbyt udane. Trasa przez miasto w kierunku mety "na czuja". Na niektórych zakrętach brak strzałek potwierdzających prawidłowy kierunek co spowodowało parę zabłądzeń i zawracań. O paskach na słupkach nie wspomnę. Tradycyjnie nasz wielbłąd pobłądził. Tym razem nie z szalonymi dziadkami lecz z młodą grupą górnośląską przez co będzie przez tydzień zaciągał.
Stan dróg niezadowalający. Tylu zmieniających dętki na poboczach dawno nie widziano. Tomek złapał gumę dwa razy i czołgał się na flaku do mety. I tak próba przejazdu "mega" skończyła się na "mini". Jako bonus 15 minut kary za skrócenie dystansu.
Najlepszy z regionu Darek na wysokim ósmym miejscu na "mini".

Nasi na mecie:
132. Martinez - kat. 20
164. Tomek - kat. 23
174. Rycho - kat. 15
178. Bodek - kat. 26
Ocena imprezy:
1. Organizacja i atmosfera imprezy –  dobra
2. Oznakowanie i zabezpieczenie trasy – z wieloma zarzutami
3. Stan dróg – j.w.
4. Korytko – OK. Zupka, kiełbaska, ciasta, smalec a nawet piwo :)
5. Gadżety – ciekawy medal, radzieckie skarpety i długopis do podpisywania kredytu

Niestety dokumentacji foto-wideo brak (upomnienie dla Spielberga). Może coś się z sieci wyłowi.

wtorek, 2 lipca 2013

LIPCOWA INTEGRA

7-go :)! Jak zwykle w niedziele po kościele. 10.30 Roland. Tempo relaksujące. Trasa "jeziorko". Chyba żeby ... jak obok. Zjazd nowym asfaltem kusi (podjazd od Sadów nie bardzo). Decyzja o trasie zapadnie pod Ronaldo.
Jakoś wytrzymamy w domu i arbeicie.
Wolni będziemy w niedzielę ;).
Oczywiście obowiązują stroje ludowe i gładkie kończyny ;).

Z ostatniej chwili:
1. Tempo: na pewno  integracyjne!!!
2. Trasa: na pewno "jeziorko"!!!
3. Wobec groźby bojkotu przez frakcję kudłaczy dopuszcza się wszelkiej maści futerkowe bez względu na długość runa.
4. Stroje ludowe - bezwzględnie!!!