wtorek, 29 lipca 2014

KK 2014

Tym razem w czwórkę. Dwóch na mega, dwóch na mini. Pogoda super. Nasi nie zmarzli i nie przegrzali się. Trasa super sportowo i znośnie jakościowo. Jeśli chodzi o stan dróg to nic nie przebije KR :). Organizacyjnie bez zarzutu chociaż Bodo przed samym Zieleńcem zaliczył prądy błądzące. Dało się pewnie we znaki zmęczenie materiału. Trzon zarządu wjechał na metę prawie razem. Prawie bo na 10 m przed kreską wyprowadzany na finisz Bodo puścił koło :(.
Nasi na mecie:
Mega
93. Tomek - 24 kat.
117. Martinez - 15
Mini
163. Valdi - 29
204. Bodo - 12
Ze średzianków najlepiej Łukasz, który wygrał swoją kategorię w mini.


A było tak:
wg Martineza
"Jako mi rzekł na trasie Janek Ambroziak: "idzie zgodnie z planem".
Plan był prosty. Do podjazdu na Gniewoszów jazda na tętnie 170. Pod Gniewoszów rura i po spokojnym zjeździe z PŻ w trupa do Zieleńca. Niestety plan skończył się na 70 km. Walka ze skurczami przez 3 km i później jedyna słuszna decyzja. Lepsza turystyka rowerowa niż zejście z trasy. Znalazłem odpowiednią kadencję i obciążenie mięśni. Tak wpełzłem na Gniewoszów bez skurczy. Podjazd super! Prawie cały czas 7-9%. W końcówce puszcza. No i ten żart z asfaltu, że jeszcze 2 km, 1 km, ..., 100 m. Potem jeszcze 600 :). Na PŻ dochodzi mnie Tomek. Wbijam japę w arbuza i szybko zmykam żeby jeszcze przez parę kilometrów nie dać się łyknąć młodemu. Efekt finalny to powrót skurczy. Tomek mnie łyka. Krótka rozmowa i młody bryka do mety a ja wracam do turystyki. Uda co 2-3 km dostają seryjnie z liścia. Pełzam do mety nie zważając na poganiających mnie gigantów i prawdziwych turystów wyprzedzających mnie. Jak nic będę czerwoną latarnią! Przed metą dochodzę Bodo i rozprowadzam go na finisz. Niestety nie korzysta z mojej pełnej poświęcenia pracy :). Tak już dola robola :). Nie żałuję wyboru dystansu. Walka z durnymi udami wzmocniła mnie psychicznie. Aha! Kłamałem, że zjeżdżałem 62 kmph. Licznik wykazał 70,9! W przyszłym roku, jeśli kalendarz startowy pozwoli chociaż na dwa tygodnie regeneracji, na 100% pojadę mega".









 ... bądźmy wytrwali bo ten sport można uprawiać i uprawiać, i uprawiać ...
... i uprawiać :)

KOMUNIKATY
Integra
W niedzielę, tym razem z uwagi na upały o 9.00, po kościele, spod Rolanda. Kandydaci mają szansę spełnienia warunków statutowych co umożliwi im udział w zbliżającej się czasówce.
Czasówka
Gabryś, wielki nieobecny, proszony jest o ponowne przedstawienie swoich możliwości startowych w czasówce.
WaterPipe
Zauważono wzmożony ruch w okolicy rury. Faworyci i wielcy przegrani zeszłorocznego starcia na torze rozpoczęli przygotowania. W tym roku z uwagi na przewidywaną wysoką frekwencję rywalizacja odbędzie dwustopniowo. Kwalifikacja na podstawie uzyskanych czasów przejazdu uzyskanych w sesji eliminacyjnej. Do finału na zasadach wyścigu australijskiego przejdzie ósemka z najlepszymi czasami przejazdu.
Wyróżnienia
Nagrodę (flasza marcini`07) dla najaktywniejszego zawodnika pierwszego półrocza jednogłośnie przyznano i skonsumowano Martinezowi.

czwartek, 24 lipca 2014

GÓRZNO

Po wylizaniu ran ruszamy przeżyć augustowskie noce :). Śliwa na prawym (dolnym) policzku bardzo twarzowa. Lekkie treningi. Seledyn jeziora Białego niepowtarzalny. Droga do granicy z Litwą niezgorsza treningowo. Lasy dostarczają tlenu w trakcie biegania. Cóż może być lepszego?! Jest coś niezgorszego! Festiwal piw litewskich po wizycie w Trokach i Wilnie. Niezbędne węglowodany w ilościach zbędnych zostają dostarczone. Śliwa nabiera koloru jeziora Białego. Czas na pobranie żołdu w Malborku. Niestety konsultacja z zarządem grupy zaciężnej niemożliwa. Ulrik nie wrócił spod Grunwaldu a komtur ze Szczytna na wieść o moich wynikach się obwiesił. Biorę chudą sakwę i po krótkiej pogawędce z braćmi Rolanda ruszam na Kaszebe. Jo! 

Ostatnie krótkie zgrupowanie przed Górznem w Chmielnie pod Kartuzami. Miejsce idealne do treningu. Czysta woda, tereny leśne i ta osławiona Szwajcaria Kaszubska. Rzeczywiście tereny super do treningu interwałowego lub ostrej tempówki. Hopki 2-3%. Czasami wpada 6-8%. Jest i rodzynek z 11%. 
 
Na 45 km treningowej trasie prawie 500 m przewyższenia. Wypłaszczenia nie dłuższe niż 300 m. Jest gdzie trzymać tempo. 2-3% idzie z rozpędu, szóstki na "albercika" a wyższa zawartość % wymaga wiatraka. Ostatnie zakładki i luz. Boli to co zawsze i jeszcze ciut, ciut. Stare bóle już znamy. Doszło naciągnięcie brzuchatego łydki i powrót achillesa. Tego 2:50:00 nie widzę już tak jasno.
Po przyjeździe do Górzna i rekonesansie nie widzę nie tylko 2:50:00 ale nawet 2:59:59 :). Po pływaniu aby dobiec do strefy zmian trzeba pokonać 200 stopni schodowych. To coś jakby wbiec na 10-11 piętro. Super! Trasa rowerowa jak w Gołdapi. Pagórki,  podjazdy trochę dłuższe, w jednym miejscu 5%. Ale spoko! Wchodzi jak na Kaszubach. Tu nie powinno być problemu. Natomiast bieg zapowiada źle. Na końcówce każdej rundy dość stromy podbieg. Oj, oj, widzę marsze i spacery! W piątek ostatni browar Prezesa i grzeczne lulu. Jutro ... będzie futro!
Futra nie było bo za gorąco. Pływanie spoko tradycyjnie 23 minuty. Kiedy wreszcie będzie te naście?! Pierwszy raz na luzie z myślą o biegu a nie strachem przed stratowaniem. Wreszcie wykorzystanie nurtu poprzedzających. Raz za kraulistą kraulem, raz za ostrą żabcią żabką. Lubię pływać za żabciami. Woda niestety nieprzeźroczysta. Wyszedłem z wody tym razem na dwóch i bez stresu. Wejście na 10 piętro też spoko. Przeżyłem to już kiedyś. Odwiedziny u kolegi z 10 piętra przy zepsutej windzie. Miał piwo! Tym razem bez piwa więc nie pędziłem. Strojenie się tradycyjnie za długo. Kolega, który dotarł do strefy zmian po mnie patrząc jak próbuję założyć skarpetki już wiedział, że wyjedzie przede mną :). Oczywiście szybko go dogoniłem bo … złapał gumę. Pobiłem swój rekord w łykaniu delfinów. Ostatecznie jestem orca. 53 wyprzedzonych i 2 dościgniętych. Jeden mnie jednak łyknął. Lala ty ladacznico jak jeździsz? Mam nadzieję,  że poprawisz się w sobotę w Zieleńcu. Z tym łykaniem to jednak chyba przesadziłem. Jak nic zakrztuszę się na biegu! Na kilometr przed dojazdem do strefy zmian ujrzałem w wyobraźni podbiegi. Zadrżałem razem z moją kobyłą. Dobra! Ja zadrżałem a Lalka zarżała radośnie, gdyż nigdy tak niewielu nie wyprzedziło tak wielu. Bravo girl!
Tym razem w miarę szybka zmiana. Chyba!? I ... na zabójczą trasę biegową.  Pierwsza pętla boli. Co boli? Wszystko! Masakra-podbieg biorę za pierwszym razem w stylu kuracjusza z Ciechocinka. Za drugim razem lekkim biegiem i szybkim marszem. Achillo i brzuchacz wrzeszczą. Kto tam znów rusza lewą?! Prawa! Prawa! Nic to lewa, nic to! Trzecie starcie prawie wygrane. Pomógł widok spacermanów i prawo łykania. Ból, bul! Mijam czterech w połowie finalnego podbiegu podbiegu i obracam się. Nikt mnie nie goni więc włączam marsz. Nas nie dagoniat! Niebawem meta! Przede mną dwa młodziany. Ich kobitki krzyczą, że to już meta. Boli ale trzeba przejść na bieg bo dwa miejsca wyżej to ... dwa miejsca wyżej. Jestem szalona i włączam tempo czterystumetrowca. Jeeeeee! Wyprzedzam ich 50 metrów przed metą i po finiszu zawisam jak szmata na najbliższym płotku. O dziwo, umarłem a żyję! Po godzinie sprawdzam wyniki i słusznie, że nie poszedłem w trupa. Do następnego w mojej kategorii było zbyt daleko. I tak nie dałbym rady! Nie ta liga. Mogłem jednak złamać 3 godziny ale przecież chociaż jedną nogę trzeba zachować na Zieleniec. Na pociechę 53 pożartych przez Lalę i prawie stu pokonanych w open. Jest dobrze choć boli wszystko. Na ten rok starczy masochizmu!
Lewa kwiczy! Nic to, nic to! Do Zieleńca się zagoi!

wtorek, 22 lipca 2014

GOŁDAP



Miejscowość urocza, rynek zielony, pogoda super. Miejsce startu idealnie wybrane. Promenada, tężnie, jezioro. Nic dodać, nic ująć. Woda  nie za zimna. Trasa rowerowa mimo wcześniejszej akcji bitum-grys drogowców znośna jakościowo. Ani momentu odpoczynku. Jak nie dołek to górka. Hopki 2%. Non stop kolor. Na wyjeździe ze startowej na drogę krajową przejazd kolejowy. Jak to u nas zawsze bywa nieczynny od lat ale niezabetonowany. I tak dzicy jeźdźcy zaliczają dzwon. U mnie wypada bidon z lemondki pod koło i fik! Mijając bidon wybija mnie na pobocze, wpadam na słupek betonowy, odbijam się dupskiem od pachołka i wracam do równowagi. Gdyby nie betonowy przyjaciel jak nic zaliczyłbym glebę. Hamulce ... i bidon wraca na miejsce. Obok na asfalcie bidon mojego poprzednika. Nie byłem tu pierwszy! Dupsko boli! Nic to Lala, nic to! Ważne, że ty cała! I dalej wio! Łykam na dwóch pętlach 32 pływaków. 16ty łyknięty próbuje się odgryźć. Nie wie co robi. Można mnie utopić, można po mnie przepłynąć, można po mnie przedreptać ale nikto nie budiet mienia łykał gdy siedzę na Lali. I to mnie bawi w tej zabawie! Liczenie tych co mnie liczyli w trakcie pływania. Chociaż wątpię aby w wodzie kto liczył! Najlepsza zabawa na trasie. W trakcie biegu tego nie ma bo na 3 pętlach nie wiesz gdzie jesteś. Tylko po tempie czasami widzisz, żeś zjadany lubo zjadasz. Biegnę i bolą mnie dwa pośladki zamiast jednego, tego od gruszkowatego. W amoku zapominam, że walnąłem w słupek graniczny. Boli ale co tam, przecież zawsze boli. Dopiero na drugi dzień zauważam śliwę i rysę na dupsku. Czuję, że złamię wreszcie 3 godziny. Wiem, że miejsce będzie gorsze niż czas. Za dużo weteranów tego sportu. Nie ma pudła,  nie ma 50up ale są złamane 3 godziny! Jest zadowolenie z przełamania własnej słabości. Dopiero po trzecim starcie nie mówię do siebie: "po co ci to? żeś chłopie zgłupiał na stare lata!". Jest dobrze! Jestem młody! W M60 będę 50up! Bez pudła! A co tam! Jak nic z pudłem!!!
Jeden dzień wypoczynku i zaś ruszam katować ciało co by jeszcze chciało. Na początek pławienie w Wigrach i Lala śmiga na Rospudę. Za dwa tygodnie Górzno. A może tak 2:50:00?!
Trzecia, ostatnia część tegorocznej trialogii, drogi przez mękę. Chociaż ...

czwartek, 3 lipca 2014

INTEGRA

W niedziele po kościele czyli tym razem o 10.00. Bo jak nie w niedzielę to kiedy?

Kto żyw a nie moczy nóg w Adriatyku, nie wspina się po górach lubo nie zakłóca spokoju w dolinie Rospudy, oczekiwany jest pod Rolandem. Stamtąd start. Gdzie? Nie wim! Rozstrzygnie się na zbiórce. Zasady integry znane więc przypomnę jeszcze raz bez skutku. Tempo dostosowane do powolniaka jednak nie wolniej niż baba z bańkami na mleko na "ukrainie". W trakcie plotki i obrabianie tyłków nieobecnym (a co niech mają za to co się nie stawiają!) oraz ustalenie terminu czasówki (oczywiście jeśli będzie Gabryś). Po jeździe konsumpcja składki członkowskiej. I najważniejsze! Obecność nie jest obowiązkowa. Jest mile widziana. Tako rzecze Prezes.
Podobno ten rower chce konkurować z Lalą i Halinką.

Sprostowanie
Stanowczo zaprzeczam jakoby wezwanie do integry było tekstem politycznym. Odnośnie tej baby na ukrainie to nie chodziło o Juliję Wołodymyriwną.