poniedziałek, 29 czerwca 2015

MP Sobótka

Nasi nie wystartowali ale ostro kibicowali. Podobno Majka wypruwał sobie żyły aby dospawać. Kwiato spokojnie. Chyba już się szykuje na wypruwanie w TdF. Był nawet Niemiec chociaż to mistrzostwa Polski. Podobno przy nich wyglądam jak spaślak. A tak ostatnio byłem zadowolony ze swojej postury. I dobrze, że mnie tam nie było (niestety nie mogłem) bo by to obniżyło moje morale. A tak to tak wiem żem super wycieniowany jest :). No może nie jak Kurier ale zawszeć.
Amatorzy teraz podobno straszni są. Można już nimi odstręczać od kolarstwa miłośników szosy i straszyć dzieci nie chcące oddać rowerka rodzeństwu. Szkoda, że nie było takich amatorów w moim dzieciństwie! Nigdy nie mogłem dorwać się do roweru. A tak straszyłbym moje starsze rodzeństwo zwycięzcami z Sobótki. Nauczyłem się jeździć rowerem dopiero na favoricie kolegi w szóstej klasie tzw. szkoły powszechnej. Ale wracając do amatorów to jeżdżą podobno w tempie profi. Wystartowali też Lang i Charucki. Jako amatorzy. Dostali po 10 minut kary. Ale jak tu nie jechać za autem gdy firmowe (podobno). Jeden ze średzian też nieźle przegiął pałę. Poszło w Polskę!
Na osłodę parę zdjęć do Roberto i od Kuriera. To ostatnie wybitnie podniosło moje morale.
Sorrrrrrry! Wystartował Maciek. Całkiem dobrze. Gibnął się i leżał ale dał radę!
23. Maciek - 9 kat. 50up







Jeszcze trochę zdjęć na których wyraźnie widać, że jeśli chodzi o wycieniowanie łydki to jednak nie mam sobie równych poza kenijskimi biegaczami :).



 
 
 







 



poniedziałek, 22 czerwca 2015

Krtki weknd

Tym razem nasi mniej aktywnie ale jak zwykle nie ma tak, żeby nas gdzieś nie było. Tym razem Krzysiek i Szymek na Koronie Kocich Gór a Martinez w Radkowie.

Korona Kocich Gór
Nasi na mini. Trasa ciekawa i była okazja zaliczyć Prababkę. Nie każdemu udaje się zobaczyć na żywo. Ja swojej nie widziałem, niestety. Nasi dwaj zaliczyli za to trzebnicką. Dzielnie wjechali. Nikt nie przystanął "za potrzebą" w newralgicznym momencie podjazdu. Zresztą nie taka ci ona straszna jest. Chłopaki potraktowali wyścig treningowo jako dotarcie silnika przed Sobótką. I słusznie bo okazało się, że wyścig obsadzili dawni zawodowcy i mastersi. Nic tu nie było dla miłośników kolarstwa amatorskiego. Zwłaszcza tempo. Nic to! Będą pewnie walczyli o podium w naszym czempionacie, że tak powiem. Bawili się średnio bo w ramach  dość wysokiej opłaty startowej (80,-) nie otrzymali praktycznie nic. Nawet pomidorówka była bidna. Nie oto w tym wszystkim chodzi. Wiadomo, że nie ma nic za darmo. Powinno to też dotyczyć organizatorów. Nasi byli przecież niedawno w Koźminie, nasi jeździli za granicą i wiedzą, że można brać ale też trzeba i dać. KKG stanowczo wykreślamy z kalendarza na przyszły rok. Niestety wyścig amatorów w ramach mistrzostw Polski w Sobótce robi ten sam organizator.

Tri Radków
Tu inwalida sportowy III klasy. Z niedoleczonym achillesem na Karłów? Tak! Jak tu sobie odmówić dwóch podjazdów Radków-Karłów?! Oczywiście padało. Ostatnio tak już jest. Jak tylko dojeżdżam na zawody zaczyna padać. 14st. i deszcz to jest to co mnie zaczęło prześladować poza achillesem ofkorse. Woda w zalewie była ciepła. Te cztery stopnie więcej w wodzie niż na powietrzu to było to. Start z wody więc trzeba było parę minut poudawać spławik. Start i ... nadal mnie kopią i biją. Kiedy wreszcie się oduczą?! Ja się chyba nigdy nie przyzwyczaję. Poszło dobrze. Najlepiej w krótkiej karierze triatlonisty i nawet dwie minuty szybciej niż w zeszłym roku w tej samej błotnistej wodzie. Potem zmiana. Też lepiej i to o 3 minuty. Hopsa na rower i pod Karłów. Nie powiem, że pełen luz ale mimo lekkiego bólu prawej nogi zadziwiająco lekko. Żadnych zadyszek, dobry obrót, rezerwa na kasecie. Kadencja powyżej 80 co przy 20 km podjazdu na 45 km trasy jest całkiem, całkiem. Średnia nachylenia podjazdów 4%. Maksymalnie 7, chociaż licznik pokazał też 11. To było już na krótkiej hopce przy zalewie. Trasa mokra. Parę przejazdów karetek na sygnale, parę ofiar. U mnie spoko. Technika zjazdu przez lata wypracowana. Przeżycie turbulencji na zjeździe z Okraju przy podobnej pogodzie też mnie czegoś nauczyło. Dojazd do strefy zmian, wyjście z butów w trakcie jazdy, hop na glebę i ... kulawka. Niestety! Krótka konsultacja z osobistą fizjoterapeutką i szybka decyzja. Koniec! Biorę graty i kuśtykam do samochodu. Nie ma tragedii. Było zabawnie! Był gulasz z pieczarkami i jakąś mieleniną, były pomarańcze, banany, arbuz, woda, napoje izotoniczne. W Sobótce raczej nie będzie.






wtorek, 9 czerwca 2015

Dłuuugi weekend

Ten weekend należał do naszych. Gdzie my nie byli?! Jakby co, to pytanie nie jest pytaniem. My byli wszędzie!!!
L e s z n o
Mistrzostwa grupy na kreskę. Ostre tempo i ekstremalne warunki. Podobno brakowało picia. Bidony wysychały w połowie dystansu. Skwar z nieba i niebywałe tempo. Mistrzem został Kurier ale jego przewaga nad Tomkiem niewielka. Wygląda na to, że ktoś tu jest drugą siłą w grupie i nie zamierza na tym miejscu poprzestać. I tak trzymać! Chociaż to ja ostatnio byłem drugi to zaczynam się bać o utrzymanie w pierwszej połówce naszej grupy. Junior idzie do przodu i tylko inne preferencje siodełkowe, uszanujmy jego upodobania gdyż wzór dał onegdaj Bodek w Kluczborku, wykluczyły go z walki o pudło. I tu mamy nagrodę specjalną dla Jurasa, który zostanie uhonorowany nagrodą fairplay za ten rok. Wspomógł on Juniora mimo, że podobno ma inne upodobania dotyczące zastosowania sztycy rowerowej. Podobno!? W każdym bądź razie nasze slodkie chlopaki ukończyły wyścig poklepując się po ... no właśnie czy tylko po plecach?! Ja, w każdym bądź razie, wolę ich nie mieć na kole :))). Oczywiście zażarta walka w kategorii supersenior. Tym razem górą Ricardo!
A teraz mniej poważnie. Wyniki TdL:
1. Kurier - 140 open/ 49 kat. 50up
2. Tomek - 180/66 50up
3. Roberto - 411/144
4. Junior - 433/105
4. Juras - 436/28 50up
6. Rychu - 654/32
7. Bodek - 665/33

Coraz mniejszy tłok w WKKW. Zostało już tylko podium. Tak mało spośród nas jest walecznych :(.
1. Maciek - 1+1 =2
2. Tomek -3+2 = 5
4. Juras -4+4,5 = 8,5
Przed nami jeszcze 3 konkurencje. Liczę, że ta trójka nadal będzie waleczna!





Leszno wg Tomka:
Było szybko i gorąco. Ustawiliśmy się z Robertem w ostatni rzędzie pierwszego sektora. Było dobrze, trochę luzu. Jednak na minutę przed startem puścili taśmę i cały tłum zaczął  na nas napierać. Już nie było dobrze. Start sprawny no i od razu full gaz. Do piętnastego kilometra jedziemy w pierwszej grupie, po drodze kilka małych liźnięć koła i kraks. Na owym 15km mega kraksa w pierwszej grupie na całą szerokość jezdni. Ratuję się piskiem opon i uciekam na pobocze. Robert przejeżdża  komuś po kole. Przebiegam koło rannych i zdefektowanych udając że nic się nie stało i nic nie widzę. Zabieram ze sobą trochę trawy w przerzutkę na pamiątkę. Grupa się podzieliła. Niespodziewanie znaleźliśmy się w drugiej. Dojeżdża Maciek. Od razu wychodzi do przodu i próbuje z innymi kozakami gonić co się da. Robert ma kryzys i zostawia mnie samego. Trzymam się raczej tyłów niż przodu. Po zakrętach trochę problemów ale nie jest źle. Podjeżdżam do Maćka i uspokajam jego zapędy. I tak ich nie dogonimy, i tak. Jedziemy razem. Po kolejnych zakrętach i hopkach nasza grupa coraz szczuplejsza. Na ok. 70-tym km już za podjazdem kończy się picie. Na 80-tym zaginam się na maxa. Oby tylko mnie nie zerwali. Nagle nastąpiło rozluźnienie, chyba nie tylko ja tak cierpiałem. Prędkość spada do 35 km/h i ludzie się dekoncentrują. Gościu jadący obok mnie wjeżdża w swojego kolegę przed sobą i odbijając się ode mnie przewraca całą resztę z tyłu. Dobrze że ma się te kilogramy, stateczność na rowerze zachowana. Ostatni kilometry to wypatrywanie stacji paliw i skrętu w prawo do mety. Na prostej puszczam grupę i tak nie mam już sił rywalizować o wygraną na kresce z Maćkiem. Leszno zaliczone.  Średnia 39.4  na 90 km to niezły wynik. Myślałem że będzie gorzej. Przy aucie wypijam ile się da i dochodzę do siebie. O wyjeździe do Koźmina nawet nie chcę myśleć.


K o ź m i n  
Podobną zowią nas już królami Koźmina. Tu nasi porządzili. Było jak to w Koźminie czyli ok. Puchary wielkie jak nasze sukcesy :). Korytko ok. Organizacja ok. Pogoda już lepsza i zostało co nieco w bidonach. Bez awarii i głaskania. Tylko twarda walka. Tomek przez nieuwagę nie zaliczył pudła. Jako ja w łońskiego roku.
Nasi na mecie:
Tomek - 7/4 50up
Krzysiek - 16/3 50up
Szymek - 14/1 50up
Bodek - 58/7







Koźmin wg Tomka
Koźmin jednak jadę. Wstałem rano i nic nie bolało więc chyba dobrze . Na miejscu pogoda łaskawsza niż w Lesznie. Ok. 20 stopni i pochmurno, niekiedy lekko kropi. Ranga imprezy wiadomo. Jestem w grupie z Szymonem i Bodkiem. Jest jeszcze paru ale ciężko coś wyczuć. Start spokojny, spada łańcuch ale sam wskakuję . Wychodzę na zmianę i sprawdzam co mam za kompanów. Zostaje tylko czterech. Tak więc jedziemy w piątkę po zmianach.  Tempo w miarę, 35km/h . Zmiany nierówne, wiatr ostry i o żadnym wachlarzu nie ma mowy. Tylko rant i boczne podmuchy. Zbliżamy się do końca i chłopaki zaczynają szaleć na metę a ja spokojnie. Przyjeżdżam na luzie ostatni z grupy ze stratą 9s do pierwszego. Jest ok. Nawet się tak nie zmęczyłem. Gdy patrzę na wyniki to już wiem wszystko. Okazało się, że nasza grupa oprócz dwóch chłopaków co wystartowali przed nami była najszybsza. Nie spodziewałem się. Tak więc mając jeszcze tyle siły straciłem 9s do trzeciego w open i 1s w M3. Ale nic to! Rozjazd po Lesznie udany, średnia 34,8 km/h.


Ł a s k
W Łasku jak zwykle Gabryś. Tym razem jako jedyny bronił twardo honoru grupy. Jak było nie wim. Jak się dowim to napiszę! Jak znajdę w sieci jakie foty to zobaczymy Gabrysia w akcji :).
Nasi w Łasku:
Gabryś - 188/19

Ś l e s i n
Tu tylko tzw. zdrajca kolarstwa. Oczywiście w oparciu o kolarstwo. Tu nadal największe zyski. Tym razem 89 miejsc do przodu. Było dobrze mimo gównianej pogody. 14 st. w połączeniu z solidnym dyscem i wiatrem dało w ctery. Pływanie z poprawą wyniku :). Pierwsza zmiana do d. Mimo opracowania wchodzenia we wpięte buty porażka. Zapięcie superkasku zepsiło się. Po 3 minutach prób zapięcia kasku idę na bezczelnego. Oszukane zapięcie tylko dla przepuszczających przez bramkę. Ostrożnie. Zimno, wietrznie, ślisko. Mnóstwo defektów i wywrotek na trasie. Tylu pchających rowery dawno nie widziałem. Piruet na nawrocie. I nagły strach po pierwszej rundzie. Przecież ja mam opony dwudziestki. Jak złapię flack a nie klaskaniem mając obmarzłe prawice se wieczność będę zmieniał dętkę!  Po kolarstwie  nogi drewniane z zimna. Ręce takież. Ruszam w tany i po 3 km zdziwienie. Walę w tempie poniżej 5 minut na kilometr. Chyba oszalałem?! Zwalniam. Nadal nie mam czucia w stopach. Odzyskuję czucie na 7 km razem z bólem prawego achillesa. Parys zaś strzelił mnie! Ostatnie 2 km to praktycznie dreptak. Idę, biegnę, biegnę ... idę i biegnę. Jestem jak mój idol, herr Flick.
 Nie poddaję się! Docieram kuśtykając do mety. Mimo wszystko poprawiam czas z poprzedniego startu w Ślesinie. Założonego 2:55:00 nie osiągam ale i tak jestem zadowolony. Nie dałem się utopić, nie zaliczyłem gleby na rowrze i doczołgałem się do mety. Jestem prawie Perfect. Nie mam dziesięciu lat ... w piwnicy Bodka jest nasz klub ... mogę spać mimo bólu... pomaga marcini łyk... mnie achilles zszedł ... pokonałem się sam ... co prawda nie spełnił się wielki mój sen ale ... chce się żyć ... nie mam u stóp całego świata ale jest super choć boli ... czym ugasić swój ból ... nauczyło mnie życie. Altacet, mrożenie, odpoczynek, odpoczynek i odpoczynek raz jeszcze.







Nasi w Ślesinie:
Martinez - 355/6

Jakby co :) :
Jest  wyścig dla amatorów 20.06 w Trzebnicy: Korona Kocich Gór. Na co warto zwrócić uwagę to start sektorami wg kategorii wiekowych. Wreszcie będzie można wystartować wśród swoich ;).
I jeszcze: